Zakopane 2012 2012-03-28 10:06:45

Każdy wyjazd musi być na blogu odnotowany, więc jedziemy. „Zabierz mnie w góry, nigdy nie byłam” - tak się mniej więcej zaczęło planowanie tego wyjazdu. Pomijając fakt, że za górami nie przepadam, to zdecydowaliśmy się jednak w nie jechać, tym bardziej że domek mieliśmy załatwiony za pół darmo, a PB zawiózł nas tam i z powrotem za 50 zł. Wraz z moim Szczęściem w drogę wyruszała z nami przyjaciółka O. oraz jej chłopak T. , z tym że on dojechał pierwszego dnia w nocy.

Dzień przed wyjazdem poprzedzliśmy imprezką w składzie : My, przyjaciółka O. i jeszcze jedna O. Było dużo różowego wina musującego, dobrego piwa, sziszy i muzyki. Niestety dla połowy składu taka mieszanka skończyła się źle, a ja w tej połowie nie byłem.Niedzielę jedna z imprezowiczek przeleżała w łóżeczku, ja z drugą która nadawała się do wyjścia odwiedziliśmy Muzeum Powstania Warszawskiego, pewnie również z powodu że w dzień święty wejście jest bezpłatne, jednak głównie dlatego że w pewnym wieku interesują już inne rzeczy niż tylko imprezy. Po obiadku zaczęliśmy pakowanko i czekanie na odjazd. Obejrzeliśmy jeszcze wspólnie komedię tiko tiko romantiko „When In Rome”, potem standardowo autobus linii 523 i cztery stacje metrem. Na stacji Wilanowska w oczekiwaniu na autobus obejrzeliśmy jeszcze bardzo ciekawa wystawę o historii budowy metra w stolicy. Potem zapakowaliśmy się do autobusu i nie wiem jakim cudem mieliśmy dla siebie cały tył, nikt go wcześniej nie zajął z czego skrzętnie skorzystaliśmy. Dziewczyny trochę pospały, a ja miałem klątwę Ziggiego i spać nie mogłem. Nie pomogła ani pita dyskretnie Brandy ani nawet "Kompedium pilota wycieczek". Droga minęła nam jednak spokojnie i kwadrans przed czasem zameldowaliśmy się w Zakopanem. W takich sytuacjach wspomina się teksty, które śmieszą tylko uczestników danego wypadu i tu należy zacytować takie dwa „Dużo śniegu … Misia będzie chora” oraz „No śpij, bo chce się piwa napić”.

Przez około godzinę szukaliśmy naszego domku, gdy szczęśliwie dotarliśmy, załatwiliśmy formalności na recepcji, mogliśmy w końcu się rozpakować, odświeżyć i posilić. Ja zacząłem dzień od Czarnego Karpackiego i kilku kieliszków pitnego miodu. Zgodnie z zasada, że komandos nie pęka nie poszliśmy spać, tylko od razu ruszyliśmy w miasto. Pewnie nie odbiegliśmy od standardów i zwiedzanie rozpoczęliśmy od Krupówek, gdzie jeszcze kilka razy gościliśmy. Standardowo popstrykaliśmy fotki, robiliśmy przerwę na grzane wino i czy grillowanego oscypka. Obeszliśmy całe, potem obraliśmy kurs na Wielka Krokiew, gdzie zobaczyliśmy akurat trenujących przyszłych następców Adama Małysza. Obiad zjedliśmy w jadalni miejscowego sądu, potem wróciliśmy na trochę do domku na mała drzemkę. Wieczorem znów udaliśmy się na spacer do centrum, wieczorem dołączył do nas T. i po drinku czy dwóch na sen udajemy się na spoczynek.  W samym centrum wziąłem też udział w konkursie zbijanie puszek, miałem wygrać takiego dużego misia, niestety wygrałem tylko takiego co mieści się w dłoni.

Kolejny dzień był, przynajmniej dla mnie najgorszy. Cóż, narciarzem nie będę i tyle. Tu nawet nie chodzi o umiejętności, bo już zaczynało wychodzić. Nie mniej jednak nikt biorący takie pieniądze nie będzie mi robił łaski, że będzie mnie uczył i zapamięta moje imię. W ogóle skumulowało się kilka czynników i byłem zły na cały świat psując wyjazd sobie i pozostałym. W ogóle ten dzień to chcę z pamięci wyrzucić, choć i z niego wyciągnąłem odpowiednie wnioski po długiej rozmowie. No i mogę do miast które widziałem dopisać kawałek Bukowiny Tatrzańskiej. Wieczór zakończyłem kilkoma drinkami więcej niż zamierzałem.

Kolejnego dnia aktywni narciarze jeździć nie dali rady, więc udaliśmy się na kolejny podbój Krupówek, postanawiając się jednak trochę ukulturalnić. Co więcej, jako że była akurat środa popielcowa, cała trójka z wyjątkiem mnie rzecz jasna udała się sypać główki popiołem. Ja w tym czasie obczaiłem pijalnię wódki i piwa „wszystko za 4 zł”.  Jeszcze wizyta na kawkę czy kieliszek Śliwowicy w pewnej knajpce, w której na pamiątkę dostaliśmy solniczkę. Następnie rozdzielamy się i ja z moim Kochaniem udajemy się kolejką na Gubałówkę, przy okazji zamontujcie tam terminale. Podziwiamy widoki, wreszcie spokojni i wyluzowani po prostu cieszymy się wspólnym czasem. Później idziemy twardo mimo przemoczonych butów do niegdysiejszego domu Karola Szymanowskiego - Atmy. Po drodze jeszcze muzeum stylu zakopiańskiego, z którego jednak rezygnujemy. Po drodze odwiedzamy jeszcze cmentarz „Na peksowym brzyzku”, gdzie spoczywaja m.in. Kornel Makuszyński czy Kazimierz Tetmajer. Później obiadek na który zostaliśmy zaproszeni przez O. i zwijamy się do domku przygotować do wieczornego kuligu. Zmieniamy skarpety, suszymy buty i choć to nic nie daje, z cytrynówka pod pacha udajemy się na miejsce zbiórki. Busik wiezie nas na miejsce, wsiadamy do sań i sru. Wieczór ten naprawdę zgodnie uznajemy za wyjatkowy. Noc, pochodnie, sanie z końmi, cytrynówka i My. To były subiektywnie według mnie tysiąc razy lepiej wydane pieniądze niż na instruktora tumana. Również nasz woźnica był bardzo towarzyski, sypiąc sprośnymi kawałami i opowieściami o swoim koniu „Siwym”. Kulig kończy się w sałasie, który faktycznie był pomieszczeniem w domu z paleniskiem przy ścianie. Drobne przejęzyczenie ze strony organizatorów, ale należymy do tej kategorii polskich turystów która umie przymknąć oko i przeżyje bez All excuse me. Silimy się pieczona kiełbaska, piwkiem i cytrynówka. Poznajemy ludzi, którzy też lecieci feralnym, spóźnionym o 12 godzin do Turcji, tak jak swego czasu moje Kochanie wraz z przyjaciółką O. Był plan zaprosić ich na piwo, jednak wysiedli wcześniej, więc wieczór zakończyliśmy sami w pijalni wódki i piwa, potem jeszcze tylko długi spacer do domku ( do Krupówek mieliśmy pół godziny drogi ).

Kolejny dzień narciarze mieli wykorzystać na jazdę, jednak deszcz i wiatr nie pozwolił, jak również wjechać na Kasprowy. Pomysłem alternatywnym była wizyta w termach, jednak ostatecznie jedni zostali w domku, a drudzy czyli My, ponownie udaliśmy się na kulturalne podboje Zakopanego. Widzieliśmy Muzeum Zakopiańskie oraz kolejne „Zakopane pępkiem świata”. Piotr zawsze wchodził na ulgowym urwipołeć. O tym co tam widzieliśmy rozpisywać się nie będę, polecam udać się samemu - warto ! Wspólny dzień kończymy pysznym obiadem i zakupem pamiątek dla rodziców. Kiedy tamci ruszają się z domku, my do niego wracamy pijąc sobie greckie wino za 13,99 przez resztę wieczoru.

W piątek po śniadaniu odprowadzamy T. na dworzec, sami zdegustowani pogoda chowamy się do naszego ulubionego lokalu zaczać dzień od orzechówki z mlekiem, ze śledziem lub mega ziemniakiem, który serwowany jest jako przysmak. Potem bilard, obiad i wizyta w strasznie oryginalnym miejscu, czyli domku do góry nogami. Faktycznie błędnik szaleje i czujesz się jak ostro zawiany, stojac na przykład pod łóżkiem … Uznawszy, że fundusze nam się powoli wyczerpują, a i pogoda specjalnie nie dopisuje rezygnujemy ze spaceru nad pewna ładna dolinę i kolejnych muzeów czy knajp. Wieczorem przy kilku Desperadosach prowadzimy sobie spokojne rozkminki o przyszłości.

Ostatni dzień pobytu mamy niezaplanowany, więc zdajemy się na spontan. Pierwszy cel Kasprowy Wierch i tym razem kolejka działa. Byłem tam wiele lat temu i niewiele pamiętałem. Ponowna wizyta pokazała mi prawdziwe piękno tego miejsca, gdyby nie narty prawie pokochałbym góry. Niesamowite widoki i przeżycia, choć trochę mało czasu to na przesiadce i tak zrobiliśmy zdjęcie. W stacji docelowej mamy przerwę na spacer, zdjęcia i piękne widoki. Podziwiamy też odważnych narciarzy, choć ja bym bardziej powiedział idiotów na rodziców, którzy puszczają stamtąd kilkuletnie dzieci. Później kawka z rumem i wracamy ta sama droga. Na obiad pierogi z Tesco i wciąż zostaje nam około 6 godzin do odjazdu. Czas ten spędzamy w Aquaparku, do którego udajemy się po krótkim wahaniu. Była to świetna decyzja, bo choć ani Druskieniki ani nawet Kraków to nie jest, nie mniej jednak solidna dawka szaleństwa i przede wszystkim solidne wygrzanie się we wszystkich możliwych saunach, co było przynajmniej dla mnie bardzo potrzebne. Było to fantastyczne zakończenie całego wypadu. Potem już z bagażami na dworzec, małe zakupy na drogę, ja jeszcze wyskoczyłem zobaczyć dworzec PKP, ale miasto powinno się go raczej wstydzić. Potem po małym zamieszaniu z numerem rezerwacji zajmujemy miejsca w busie, dziewczyny trochę pospały a ja znowu nic, nawet piwko nie pomogło. Potem już wiadomo, metro, tramwaj i w domku. Śniadanko, prysznice, odwieźliśmy O. na dworzec i sami mogliśmy odpocząć po tym ciężkim odpoczynku.

Było fantastycznie, ale … Zresztą obejdę się bez ale, było zajebiście i tyle ! Wszędzie tam, gdzie jedziemy z tym kimś musi być fantastycznie, nie mniej jednak teraz jedziemy tam gdzie ja powiem :)

skomentuj (0)

"Wyjazd" do Warszawy ? 2012-03-16 00:07:55

Polonia Warszawa - Jagiellonia Białystok
12 marca 2012r.


Relację z tego "wyjazdu" należy zacząć od tego, że był trochę inny niż wszystkie. Chłopaki wybrali się na ten wyjazd wynalazkiem na polskim rynku transportowym zwanym polskibus, Łysy był w Warszawie dzień wcześniej, Darek z niewiadomych do dziś powodów nie dotarł na stadion, a ja odbierałem chłopaków z pętli Metro Wilanowska. Z autobusu wyszło dwóch Winklowców czyli Mrozik i Rostek, podróż odbywał także Krasnal, Gps zwany również G-mailem zabawiający podróżników podróżą o tym to jak to gorszego sędziowania niż w pzpn to być nie może oraz pan Wice Prezes :mrgreen:

Chłopaki wysiedli, po drodze skonsumowali szwajcarski likier i piwo po 1 zł, które załatwił Łapa. Dla mnie dzień zaczął się dla mnie w ogóle od frajersko wyłapanego mandatu na jednej ze stacji metra, więc dla uspokojenia jedno walnąłem nim chłopaki zdążyli pokupować bilety. Potem metrem i tramwajem do mnie, po zakupach w sklepie w mieszkaniu wszyscy posilają się śniadaniem, ja nim zdążyłem je sobie przygotować wychodzę po Łysego. Zgodnie z zasadą, że "Na Polonii lepiej nie pić w ogóle" pijemy tylko piwo i flaszkę na trzech do śniadania :mrgreen: Pierwotnie był plan połazić po krakowskim przedmieściu, jednak leń nie pozwolił.

Wycieczkę natomiast odbyliśmy na ulicę Białostocką, gdzie znajduje się Galeria Wileńska. Tam to miałem do odebrania futrzaka, znaczy się futro z pralni, pewnie się domyślicie że nie moje. W galerii panu który jeździ tą czyszczącą maszynę naklejamy z tyłu vlepkę :mrgreen: Wracamy do domu, do około 14:00 znowu się relaksujemy, potem wychodzimy na szamkę do jednej z budek z kuchnią azjatycką. Za 11,50 najedli się po pachi. Stamtąd już ponowna droga autobusem na najbliższą stację metra i wysiadamy na stacji Dworzec Gdański, która jest niedaleko stadionu, ale jeszcze nie wiedzieliśmy jak tam dojść. Na stacji burżuazja korzysta z wc po 2 zł, a ledwie zdąży wyjść ze stacji jest spisywana w ramach akcji kibic. Właśnie dołączała do nas Sylwia, Mrozik ją zgarnął do dworca kolejowego z tekstem "Ja nie z nimi". Pieski jak zwykle się tłumaczą, że mieliby na nas wyjebane, ale rozkazy rozkazy. Idziemy dalej, potem się chyba okazuje że w złą stronę, wbijamy do galerii Arkadia zgubić ogon. Potem pytamy ludzi i dopiero chyba około dziesiąta zapytana pańcia jest w stanie powiedzieć jak jechać. Wbijamy w tramwaju, ja bez biletu, widać mandat z rana nic mnie nauczył :mrgreen: Wysiadamy i już widać stadion.

Podchodzimy pod sektor gości, wchodzimy jako pierwsi akurat kiedy reszta Jagiellonii podjeżdżała pod sektor. Sylwia i Rostek zostali pod stadionem po bilety. Żaden z aktywnie tego dnia pijących nie miał problemu z wejściem na stadion, głównie temu że ochrona była z Białegostoku, nie mniej jednak jak czytam 10 osób została pod stadionem, ale Winkiel nie wejdzie ? Właściwie to najmniej mi się chce pisać o meczu. Czarny Jagielloński styl, przeciętny doping. Kilka lepszych momentów dopingu to pierwsze pierdolnięcie "jesteśmy zawsze tam", kilka minut po wyrównującej bramce i bluzganie na panienki z Polonii. Miałem swój moment chwały i po wyrównującej bramce zarzuciłem "Polonia K Polonia S", które śpiewał cały sektor :mrgreen: Ci co zawsze nie śpiewają zawsze nie śpiewali, Ci co udają kumatych dalej udają. Po meczu piłkarze przybiają piątki :-/ Sektor opuszczamy bardzo szybko po nie całych 30 minutach i totalna dezorganizacja. Ludzie zaczynają się rozchodzić, pieski zaczynają biegać, zaraz się mogły zacząć jakieś chore akcje. Udaje nam się odłączyć jednak i całą grupą ( gościnnie jeszcze jeden warszawski emigrant Patryk i chyba jego współlokator ) idziemy całą bandą na piwko do Arkadii, pijemy je koło dworca PKP Dworzec Gdański za samochodem dostawczym i w metrze. Na stacji Metro Politechnika rozchodzimy się a właściwie rozjeżdżamy w dwie strony. Krasnal, Łysy i VicePrezes u mnie, Mrozik i Rostek u tamtych. Umówiliśmy się o 9:00 na Metro Wilanowska.Po powrocie jeszcze piwo koło ściany płaczu i atrakcja w postaci żula proszącego o użyczenie iskierki.

Wstajemy, piwko, sklep, śniadanie. Leniwie zbieramy się na autobus, potem w metro i spóźnieni o kwadrans ale wciąż pół godziny przed odjazdem busa meldujemy się na Wilanowskiej. Dzwoni Mrozik i co mówi proszę państwa ? Ty myśmy wysiedli na Ratusz Arsenał i jeszcze gdzieś pojechali tramwajem :mrgreen: Mówię kurwa wracaj na metro i spróbuj zdążyć. Kierowcę uprosiliśmy żeby poczekał 5 minut i kurwa chyba w 3 minucie dobiegli. Nie wierzyłem, ale gdzieś podświadomie wiedziałem że kurwa zdążą :mrgreen: Pierwsza godzina podróży to sprawdzanie "czy piwo jest mokre" i dużo śmiechu. Potem wszyscy prawie jak na komendę postanowili wojaże trochę odespać i spali prawie do Białegostoku. Kierowca w podziękowaniu browara nie odmówił. Po podróży jeszcze wizyta w jednej z budek dworcowych i wszyscy pojechali w swoje strony, niektórzy od razu.

Wyjazd na pewno inny niż wszystkie, ale czy ja mogę go w ogóle liczyć jako wyjazd ? :-/

skomentuj (0)

Wpis w podróży 2012-01-27 08:08:51

Jak co piątek jadę sobie do Warszawy, dzisiejsza podróż jest o tyle niecodzienna, że jedzie ze mna kolega z którym dawno nie miałem czasu pogadać. O ile jednak pół drogi przegadaliśmy bez przerwy, to teraz wziął i padł. Dla mnie sen odszedł, więc jest to dobra okazja skrobnać na bloga i upamiętnić sprawy bieżace.

Sylwester minał spokojnie i kulturalnie, jak nigdy w zasadzie. Byliśmy z moja wybranka na kameralnej domówce u jej znajomych. Najpierw Mohito, potem już szampan i czysta, o 3:00 byliśmy w domu. Nie będzie to impreza która będzie się wspominać po latach, ale za to bez kaca i jak na warszawiaków nawet miło. Nowy rok zaczęty zupełnie inaczej niż pozostałe. Co słychać w nowym ?
W sumie bez fajerwerków, życie toczy się ustalonym torem. W piątek o 5 rano do Warszawy, we wtorek o 9:45 do Białegostoku na kurs pilota wycieczek, który to odbywa się we wtorki i czwartki między 18:00 a 21:00  w sali mojego uniwersytetu, więc fajnie wrócić. Zajęcia sa raczej nudne, ale jest to droga jaka trzeba odbyć, by funkcjonować w tym zawodzie. Najpiękniejsze sa oczywiście te chwile z Nia, mimo że często mamy tego wspólnego czasu po prostu za mało. Mimo niedostatku czasu staramy się zamykać się w domu, tylko jak jest jak gdzieś razem wyskoczyć. W Białymstoku z kolei czas oprócz nauki mija głównie na sprawach bieżacych, ewentualnie starcza czasu na jakaś książkę, basen by trochę się poruszać czy piwo z kolegami. Wszystko co chce jednak załatwić przez ten czas z reguły mi się udaje.

Ogólnie bez fajerwerków, ale takich być na razie nie może. Trzeba ogarnąć najpierw sprawy ważne, by potem myśleć o urozmaicaniu sobie czasu czy przyjemnościach. Choć żyje póki co pół samodzielnie, to nie żałuje tej decyzji i ani jednej wspólnej chwili. Wszystko powoli, ale dość konsekwentnie idzie w dobrym kierunku. Jeszcze staram się nie martwić, jak to wszystko razem pogodzić. Za niecały miesiąc przed nami wspólny wyjazd do … Zakopanego. Za górami nie przepadam, ale z tym kimś cudownie będzie w każdym miejscu. Potem zaś pojedziemy tam gdzie ja chcę. Wszystko jest dobrze J

skomentuj (0)

Turcja - podsumowanie I 2012-01-10 11:45:20

Mknę polskim busem do domku na dni kilka, to postanowiłem wykorzystywać drogę na przykład na odrabianie zaległości blogowych. Wszak wciąż nie ma nawet podsumowań pierwszej poważnej emigracji. Więc zastanówmy się w skrócie jak było …

Było na pewno zajebiście, chociaż bywało ciężko. Do dziś się śmieję z tekstów „Niech pan nam powie, jak załatwić sobie takie fajne i do tego płatne wakacje”. Długo by opowiadać historię sezonu i specyfikę tej pracy, więc spiszę sobie to co najbardziej zapadło w pamięć oraz najważniejsze zalety i wady. Jak ktoś chce posłuchać na żywo niech zaprosi mnie na piwo.

Zalety :
1) W pracy mogłem między innymi : zwiedzać, robić piękne zdjęcia, opalać się, pić i jeść na koszt firmy ( choć na alkohol sobie nie pozwalałem ), poznawałem wielu ciekawych fajnych ludzi, czasem trochę pogadałem i nazywałem to praca.
2) Każdy wolny dzień spędzony na przykład na plaży miałem płacony jak przepracowany, stała pensja niezależnie od czasu pracy.
3) Mieszkałem nad samym morzem lub bardzo blisko niego.
4) Jako pracownik turystyki miałem wszędzie zniżki, nawet tam gdzie ich formalnie nie miałem udawało mi się je wytargować.
5) Praca była przez większość czasu ciekawa, stawiała wyzwania i uczyła radzenia sobie w sytuacjach trudnych.
6) Był czas na imprezy, zwiedzanie, plażę, bieganie przy morzu, poznawanie tureckiej kuchni, kultury, no i też alkoholu ( przeciętnego ).
7) Zarobki były całkiem przyjemne, choć można było trochę pokombinować i przede wszystkim trochę zainwestować w pewnego rodzaju wiedzę, by były większe.
8) Fantastyczna przygoda, która polecam każdemu !

Jestem jednak Polakiem, a my kochamy narzekać oj tak. Więc teraz :

Wady :
1) Pracowałem dla Turków, a Turek to debil i przede wszystkim hipokryta ( długo by pisać ).
2) Wiele w tej pracy zależy od płci i szczęścia, a nawet jedna wpadka może być wyolbrzymiona.
3) Środa i piątek to zmora każdego pilota i rezydenta - czyli witanie i żegnanie kolejnych matołów. Kiedy robi się same transfery szybko zaczyna się tej pracy nienawidzić zamiast kochać.
4) Jednostajność widzianych miejsc, 1 raz zachwyca i inspiruje, 2 raz wciąż się podoba, po 3 - 4 przechodzi w rutynę, po więcej niż 10 jeżeli nie ma tam możliwości większego zarobku wręcz zniechęca.
5) Wszystkie niedociągnięcia organizacyjne nadające się na oddzielna historię, czasami odnosiłem wrażenie, że to nam zależy dziesięć razy bardziej, by wszystko grało. Turek po prostu nie dorósł.
6) Komunikacja werbalna czyli „turkisz inglisz”. Z szefostwem jeszcze jako tako, ale już z kierowcami dramat. Wszyscy sa przekonani, że to mamy w kilka miesięcy nauczyć się tureckiego, bo tam jesteśmy. Na szczęście jedno zdanie gasiło cwaniaków, mianowicie że to angielski nie turecki jest językiem międzynarodowym. Uwielbiałem patrzeć, jak się wkurzaja ( oczywiście Ci, którzy to zdanie po angielsku rozumieli ).
7) Czasem faktycznie całe dnie wolne, ale często też po kilkadziesiąt godzin bez snu, noce spędzone na lotnisku, dla mniej lubianych przez szefostwo praca nawet po trzy tygodnie bez dnia wolnego.
8) Jest goraco i choć tak właśnie ma być, to na dłuższa metę jest to męczace. Jak turysta przyjeżdża na tydzień lub dwa to ok., przez pięć miesięcy człowiek zaczyna mieć dość. W efekcie zamiast robić coś konstruktywnego, zwiedzać czy cokolwiek, siedziało się w pokoju z klimatyzacja oglądając filmy, śpiac lub w najlepszym przypadku czytając.
9) Jest to definitywnie praca dla osób niesparowanych.

Właściwie to wad było więcej, ale dość narzekania. Nawet przy wszystkich niedociągnięciach i złych stronach tej pracy, to fantastyczna przygoda i szkoła życia, która polecam każdemu. Wspaniała alternatywa zwłaszcza dla tych, którzy chca wyjechać zarobić przez wakacje. Ktoś powie, że wad wymieniłem więcej, ale tak naprawdę każda zaleta mogła by być rozpisana na wiele części. Nawet na pozornie kolejnym głupim transferze z lotniska może czekać ktoś kto odmieni nasze życie …

skomentuj (1)

Szybkie podsumowanie roku 2011 2011-12-25 18:37:47

Mało czasu, mało czasu ... Po prostu brak mi go na wszystko, przyjechałem na kilka dni do Białegostoku, zrobiłem sobie listę rzeczy które musze zrealizować i zrobiłem może połowę. Życie jakie obecnie prowadzę jest dość męczące, ale przynajmniej ... no jednak po kolei. Jak to wyglądał ten rok ?

Styczeń - Nowy rok bez większego kaca, dużo ambitnych planów i dużo noworocznego entuzjamu. Fajnym przerywnikiem był wypad rejsóweczką na Remes Cup, choć gdy w końcu się wybrałem to była najsłabsza edycja z dotychczasowych. Zacząłem też kurs rezydenta w ośrodku szkolenia Edusfera, w pozostałe dni pracowałem w firmie Konsalnet Security, ale już na ulicy Hetmańskiej bo z Produkcyjnej na szczęście zostałem wyrzucony. Zresztą wyrzucił mnie człowiek, który ciepłą posadkę managiera w Auchanie zamienił na ... no cóż zszedł na psy jeśli rozumiecie. Dziś jestem mu wdzięczny i chciałbym mu podziękować. Gdy trafiał się wolny dzień, to wieczór wcześniej zapewne melanżowałem w wiadomym gronie.

Luty - Walentynek nigdy nie uznawałem nawet gdy z kimś byłem, ale w tym roku udało mi się nie upić. Luty minął szybko i bez specjalnych fajerwerków. Praca, kurs, melanże mniejsze lub większe. Porzuciłem też pomysł trenowania Krav Magi.

Marzec - dwie ważne rzeczy się zdarzyły tego miesiąca. 17 marca podpisałem umowę na pracę w Turcji dla firmy Akdem Travel. Pierwsza emigracja, a pracę jaką tam miałem to materiał na inną opowieść. Świętowanie sukcesu rozpocząłem na wyjeździe do Poznania, ale właściwie świętowałem cały następny miesiąc. 26 marca skończyłem 26 lat i podsumowanie życia możecie znaleźć we wcześniejszych latach. Ogólnie był to udany miesiac, zakończony kozackim wypadem na mecz z Wisłą Kraków.

Kwiecień - czas przygotowań i pożegnań. Zwolniłem się w pracy w ochronie, by się przygotować i nigdy już tam nie wrócić. Życie nakazało inaczej, ale jestem przekonany że chwilowo więc nie narzekam. Tak jak napisałem przygotowania do wiedzy o Turcji przeplatane wypadami na różne grille, grę w piłkę czy na mecze w Białymstoku lub do lokali. No i spotkania ze wszystkimi, z którymi widuję się trochę rzadziej, pod koniec kwietnia wypad do warszawy po wizę do Turcji. Kto by pomyślał, że ...

Maj - 4 maja po raz pierwszy leciałem samolotem i było to dla mnie stresujące, sama odprawa też. W nocy wylądowałem na innym kontynencie, gdzie miałem spędzić kolejne 5 miesięcy. W maju było dużo wolnego, dużo wycieczek tzw. study czyli jeździłem się uczyć jak poprowadzic daną wycieczkę. Cudownie było mieć 2 minuty do plaży, biegać wieczorami przy morzu oraz z pozostałymi którzy przybyli tam do pracy, tworzyć od początku fajną paczkę. Może nie zawsze było tak fajnie, ale nawet z czeskim współlokatorem a potem z dwoma dawałem radę się dogadać. Cudnie było wiedzieć że dzień przespany lub przeleżany na plaży jest płacony jak przepracowany od 00:01 do 23:59.

Czerwiec - to już samodzielna praca, coraz lepiej i sprawniej wykonywana. Tu też trafiła mi się jedna z najlepszych i zarazem najbardziej dochodowych grup. Życie wyglądało prosto - w dni transferowe transfery, w dni wycieczkowe wycieczki a kiedy było wolne to relaks, zwiedzanie oraz imprezy. Nawet tureckie piwo w takim klimacie dało się lubić, a czasem ktoś przywiózł coś z Polski np. kabanosy :)) Musiałem też wyjechać do krainy kebabów, żeby zacząć pić Żubrówkę. Pod koniec czerwca przeniesiono Czechów do innego pokoju, wiec do końca miałem polskiego współlokatora, który na szczęście był pół-abstynentem. Na koniec sezonu to już w ogóle jako jedyny mieszkałem sam, więc chyba jestem zajebisty :)

Lipiec - czas mijał jak wcześniej aż pewnego dnia cały dzień w trasie połączono mi z wycieczką, razem byłem na nogach 33 godziny. Padłem na łóżko bez życia, po 2 godzinach mnie obudzono i zafundowano mi przenosiny do Side. Złość, wkurwienie i szybko zoorganizowana biba skończyła się, że Lucjan prawie zażygał pokój a ja miałem mega kaca. Z różnych powodów wcale nie chciałem jechać do Side, choć finał finałów jestem szczęśliwy że tak się stało. Więcej wolnego, lepszy pokój, zarobki podobne, w końcu było z kim pograć w piłkę. No i sama kameralność Side powodowała, że poznałem dużo fajnych ludzi. Promenada do biegania też była. działająca perfekcyjnie klimatyzacja też miała niebagatelne znaczenie.

Sierpień - stopniowo przywykłem do nowego szefostwa, znajomych, mieszkania i miasta. W wolnych chwilach odwiedziałem stare śmieci, ale zacząłem też się zastanawiać skąd była moja niechęć do Side. Dużo zadziałały plotka i stereotypy. Tak jak pisałem, fajni ludzie również nowi, fajne spontaniczne wypady kończące się po wschodzie słońca. No i ten fakt że nie musiałem nikomu się tłumaczyć gdzie idę i o której wrócę. Najlepsze jednak nastąpić miało we wrześniu.

Wrzesień - w połowie września na lotnisko przybył spóźniony w o kilkanaście godzin samolot. Wydawałoby się transfer jak transfer, zawieźć matołów i w końcu pójść spać. Nie sądziłem że ten transfer w dłuższej perspektywie odmieni moje życie. Powiem tylko tyle, że wrzesień od tamtego momentu wyglądał tak, jakby istniała tylko Ona i praca, którą wykonać było trzeba. Nie było znajomych z pracy, wszystko przestało się liczyć. Od 25 września pan Piotr oficjalnie nie jest już do wzięcia. Sezon wydawał się ogólnie stracony, a tu ... :)

Październik – powrót do kraju nastąpił 28 września, dzień później przyjechałem bezpośrednim pociągiem z Krakowa. Pierwsze dni to wiadomo jak wyglądały, imprezy i spotkania przywitalne, w końcu również powrót na ulicę Słoneczną. Wyjazd na Wisłę należy przemilczeć ... Najważniejsze kolejne zdarzenie miało miejsce podczas weekendu.7 – 9 października, kiedy to podczas naszego pierwszego wspólnego weekendu w Polsce postanowiliśmy razem zamieszkać. Przyznaję, wszystko u nas się potoczyło ekspresowo, ale w sumie na co tu czekać ?

Listopad – do pracy mi się nie spieszyło, ale ile można żyć uczuciem i z oszczędności ? Do pracy rodacy, niestety życie w stolicy kosztuje. Z drugiej strony ja i warszawa, to tego by nawet Nostradamus nie przewidział. Jako, że od listopada szkolę się na pilota wycieczek, ale praca będzie jak coś od wiosny. Życie kosztuje, a skoro kurs w Białymstoku a życie w Warszawie, to trzeba popracować choć na bieżące wydatki. Stąd mam nadzieję drugie i ostatnie podejście do pracy w ochronie. 9 listopada moje Szczęście miało urodziny i był to pierwszy poważny dylemat co do kupna prezentu.

Grudzień – Życie toczy się ustalonym torem. W piątek do Warszawy, we wtorek do Białegostoku. Przy okazji, chwała polskiemubusowi ! Właśnie kończą się nasze pierwsze, oddzielne święta, ale kolejne już za dwa tygodnie spędzimy razem. Z prezentów byliśmy zadowoleni, w pracy również jest spokojnie. Przed nami wspólny Sylwester i błogi Nowy Rok, oby kończyć go w takich samych nastrojach jak obecny. Nawet święta w domu przebiegły wyjątkowo spokojnie.

Ogólnie, to był dobry rok. Postęp w życiu zawodowym, fajne melanże, wyjazdy, przygody i świadomość, że ma się przyjaciół. Inwestycje w siebie zaczęte już w tym i kontynuowane w następnym, oby zaprezentowały.

Jednak najważniejsze jest to, że mam dla kogo żyć. Znalazłem swoje szczęście, na które tak długo czekałem. To najlepszy rok z dotychczasowych i niech taki będzie dla Was nowy 2012 ! Paka !

skomentuj (1)

Wracamy z niebytu !!! 2011-12-14 15:59:26

Długo nie pisałem ... To nie tak że nie było o czym, bo było i jest ! Po prostu braknie na wszystko czasu. Dlaczego ? Długo by pisać, co nie znaczy że nie spróbuję. Już niebawem na blogu podsumowanie Tureckiej emigracji, mojej pracy, bilans zysków i strat oraz trochę przemyśleń z życia codziennego. Nie zawieszam bloga i nie likwiduję go, po prostu muszę jeszcze bardziej skrócić czas snu, by znaleźć i dla niego trochę czasu. Nie po to piszę od 2003r. żeby taki szmat wspomnień i żywy pamiętnik przemian jakie przeszedłem w życiu, by teraz jedynie egzystował w sieci. Piszcie co u Was, komentujcie, dajcie jakiś znak życia. Mam nadzieję że wszystko u Was dobrze, wierzę że ktoś jeszcze tu zagląda :)

skomentuj (1)

Jagiellonia Białystok - najważniejsza z rzeczy nieważnych. 2011-08-16 17:01:44

Każdy w życiu ma jakąś pasję, którą można racjonalnie wytłumaczyć lub nie da się wytłumaczyć w ogóle. Jednak pasja jest pasją, powinna być uszanowana jeżeli raczej nikomu nie szkodzi. Moja mama zwalcza miłość do mojego klubu od jakichś trzynastu lat, choć ja na jej miejscu dałbym sobie spokój, to na pewno mama nie odpuści kolejne lata. A ja chodziłem, chodzę i będę chodził na Jagiellonię, jak też śmigał na wyjazdy. Niezależnie co wymyślą policyjni przyjaciele, by zabić naszą miłość.

Oczywiście z wiekiem nasza rola, miejsce na stadionie, zaangażowanie się zmienia. Na początku był to nieśmiały piknik, dla którego wszystko było nowe. Potem nieśmiałe zaangażowanie w doping jeszcze na Jurowieckiej. Potem jeszcze jakiś czas spokojnego oglądania wraz z powolnym przestawianiem się na aktywnego zaangażowanego w doping kibica. Pierwszy wyjazd, kolejne przygody na szlaku kibicowskim, założenie FCW, dziś grupa kumpli na których zawsze można liczyć. Wspólna pasja, melanże, wyjazdy, wspólne akcje i pomoc jeden drugiemu.

Jaki sens ma oglądanie, płacenie i czasem podróż setki kilometrów, by patrzeć jak przepłacani zawodowcy dostają w dupę ? A jaki ma sens oglądanie tańca z gwiazdami, czytanie Party lub Vivy, wszystkich reality show i w ogóle tego całego syfu ? Dla mnie nie ma różnicy, z tym że ja nie chcę nikogo pouczać jak ma żyć i co warto czego nie warto. Ja nie wnikam, dla mnie liczą się inne wartości. Przyjaźń, pasja, wspólne chwile, niesamowite przygody, świetna zabawa wspomagana procentami na trasie. Nigdzie nie pozna się moim zdaniem takich ludzi, na których możesz po prostu liczyć, którzy pójdą za Tobą bez pytania. Różni ludzie, różne charaktery i poglądy, czasem wszystko jest róźne - ale jedno jest wspólne SUPPORT YOUR LOCAL FOOTBALL TEAM.

Z czasem kiedyś przyjdzie zrezygnować już z dopingu, z wyjazdów i przenieść się na tak zwane pikniki. Trudno powiedzieć za ile lat, ale kiedyś na pewno to nastąpi. Stwierdziliśmy wszyscy w grupie, że niezależnie od tego jak potoczą się nasze życia to za rok, dwa, piętnaście wszyscy chcemy pójść razem na mecz. Jeżeli to nam się uda, to wygraliśmy. Bo przyjażń jest wszystkim ! Jagiellonia naszym klubem, Białystok naszym miastem ! *

* -Nawet w Turcji :)

Ps. Tytuł sugeruje, że wiem już jakie miejsce ma w moim życiu Jagiellonia. Wcześniej była zbyt ważna, obecnie wróciła na właściwe miejsce w hierarchii, jednak zawsze pozostanie jakąś częścią mnie. Z tego nie da się już zrezygnować, jest to wpisane w mój styl życia, tym bardziej że nie chcę się leczyć. Ważne, by wiedzieć co w życiu ważne ... i ważniejsze. Jagiellonia jest już tylko ważna :)


skomentuj (3)

Księga Gości