Jak co piątek jadę sobie do Warszawy, dzisiejsza podróż jest o tyle niecodzienna, że jedzie ze mna kolega z którym dawno nie miałem czasu pogadać. O ile jednak pół drogi przegadaliśmy bez przerwy, to teraz wziął i padł. Dla mnie sen odszedł, więc jest to dobra okazja skrobnać na bloga i upamiętnić sprawy bieżace.
Sylwester minał spokojnie i kulturalnie, jak nigdy w zasadzie. Byliśmy z moja wybranka na kameralnej domówce u jej znajomych. Najpierw Mohito, potem już szampan i czysta, o 3:00 byliśmy w domu. Nie będzie to impreza która będzie się wspominać po latach, ale za to bez kaca i jak na warszawiaków nawet miło. Nowy rok zaczęty zupełnie inaczej niż pozostałe. Co słychać w nowym ?
W sumie bez fajerwerków, życie toczy się ustalonym torem. W piątek o 5 rano do Warszawy, we wtorek o 9:45 do Białegostoku na kurs pilota wycieczek, który to odbywa się we wtorki i czwartki między 18:00 a 21:00 w sali mojego uniwersytetu, więc fajnie wrócić. Zajęcia sa raczej nudne, ale jest to droga jaka trzeba odbyć, by funkcjonować w tym zawodzie. Najpiękniejsze sa oczywiście te chwile z Nia, mimo że często mamy tego wspólnego czasu po prostu za mało. Mimo niedostatku czasu staramy się zamykać się w domu, tylko jak jest jak gdzieś razem wyskoczyć. W Białymstoku z kolei czas oprócz nauki mija głównie na sprawach bieżacych, ewentualnie starcza czasu na jakaś książkę, basen by trochę się poruszać czy piwo z kolegami. Wszystko co chce jednak załatwić przez ten czas z reguły mi się udaje.
Ogólnie bez fajerwerków, ale takich być na razie nie może. Trzeba ogarnąć najpierw sprawy ważne, by potem myśleć o urozmaicaniu sobie czasu czy przyjemnościach. Choć żyje póki co pół samodzielnie, to nie żałuje tej decyzji i ani jednej wspólnej chwili. Wszystko powoli, ale dość konsekwentnie idzie w dobrym kierunku. Jeszcze staram się nie martwić, jak to wszystko razem pogodzić. Za niecały miesiąc przed nami wspólny wyjazd do … Zakopanego. Za górami nie przepadam, ale z tym kimś cudownie będzie w każdym miejscu. Potem zaś pojedziemy tam gdzie ja chcę. Wszystko jest dobrze J
Mknę polskim busem do domku na dni kilka, to postanowiłem wykorzystywać drogę na przykład na odrabianie zaległości blogowych. Wszak wciąż nie ma nawet podsumowań pierwszej poważnej emigracji. Więc zastanówmy się w skrócie jak było …
Było na pewno zajebiście, chociaż bywało ciężko. Do dziś się śmieję z tekstów „Niech pan nam powie, jak załatwić sobie takie fajne i do tego płatne wakacje”. Długo by opowiadać historię sezonu i specyfikę tej pracy, więc spiszę sobie to co najbardziej zapadło w pamięć oraz najważniejsze zalety i wady. Jak ktoś chce posłuchać na żywo niech zaprosi mnie na piwo.
Zalety :
1) W pracy mogłem między innymi : zwiedzać, robić piękne zdjęcia, opalać się, pić i jeść na koszt firmy ( choć na alkohol sobie nie pozwalałem ), poznawałem wielu ciekawych fajnych ludzi, czasem trochę pogadałem i nazywałem to praca.
2) Każdy wolny dzień spędzony na przykład na plaży miałem płacony jak przepracowany, stała pensja niezależnie od czasu pracy.
3) Mieszkałem nad samym morzem lub bardzo blisko niego.
4) Jako pracownik turystyki miałem wszędzie zniżki, nawet tam gdzie ich formalnie nie miałem udawało mi się je wytargować.
5) Praca była przez większość czasu ciekawa, stawiała wyzwania i uczyła radzenia sobie w sytuacjach trudnych.
6) Był czas na imprezy, zwiedzanie, plażę, bieganie przy morzu, poznawanie tureckiej kuchni, kultury, no i też alkoholu ( przeciętnego ).
7) Zarobki były całkiem przyjemne, choć można było trochę pokombinować i przede wszystkim trochę zainwestować w pewnego rodzaju wiedzę, by były większe.
8) Fantastyczna przygoda, która polecam każdemu !
Jestem jednak Polakiem, a my kochamy narzekać oj tak. Więc teraz :
Wady :
1) Pracowałem dla Turków, a Turek to debil i przede wszystkim hipokryta ( długo by pisać ).
2) Wiele w tej pracy zależy od płci i szczęścia, a nawet jedna wpadka może być wyolbrzymiona.
3) Środa i piątek to zmora każdego pilota i rezydenta - czyli witanie i żegnanie kolejnych matołów. Kiedy robi się same transfery szybko zaczyna się tej pracy nienawidzić zamiast kochać.
4) Jednostajność widzianych miejsc, 1 raz zachwyca i inspiruje, 2 raz wciąż się podoba, po 3 - 4 przechodzi w rutynę, po więcej niż 10 jeżeli nie ma tam możliwości większego zarobku wręcz zniechęca.
5) Wszystkie niedociągnięcia organizacyjne nadające się na oddzielna historię, czasami odnosiłem wrażenie, że to nam zależy dziesięć razy bardziej, by wszystko grało. Turek po prostu nie dorósł.
6) Komunikacja werbalna czyli „turkisz inglisz”. Z szefostwem jeszcze jako tako, ale już z kierowcami dramat. Wszyscy sa przekonani, że to mamy w kilka miesięcy nauczyć się tureckiego, bo tam jesteśmy. Na szczęście jedno zdanie gasiło cwaniaków, mianowicie że to angielski nie turecki jest językiem międzynarodowym. Uwielbiałem patrzeć, jak się wkurzaja ( oczywiście Ci, którzy to zdanie po angielsku rozumieli ).
7) Czasem faktycznie całe dnie wolne, ale często też po kilkadziesiąt godzin bez snu, noce spędzone na lotnisku, dla mniej lubianych przez szefostwo praca nawet po trzy tygodnie bez dnia wolnego.
8) Jest goraco i choć tak właśnie ma być, to na dłuższa metę jest to męczace. Jak turysta przyjeżdża na tydzień lub dwa to ok., przez pięć miesięcy człowiek zaczyna mieć dość. W efekcie zamiast robić coś konstruktywnego, zwiedzać czy cokolwiek, siedziało się w pokoju z klimatyzacja oglądając filmy, śpiac lub w najlepszym przypadku czytając.
9) Jest to definitywnie praca dla osób niesparowanych.
Właściwie to wad było więcej, ale dość narzekania. Nawet przy wszystkich niedociągnięciach i złych stronach tej pracy, to fantastyczna przygoda i szkoła życia, która polecam każdemu. Wspaniała alternatywa zwłaszcza dla tych, którzy chca wyjechać zarobić przez wakacje. Ktoś powie, że wad wymieniłem więcej, ale tak naprawdę każda zaleta mogła by być rozpisana na wiele części. Nawet na pozornie kolejnym głupim transferze z lotniska może czekać ktoś kto odmieni nasze życie …
Mało czasu, mało czasu ... Po prostu brak mi go na wszystko,
przyjechałem na kilka dni do Białegostoku, zrobiłem sobie listę rzeczy które
musze zrealizować i zrobiłem może połowę. Życie jakie obecnie prowadzę jest
dość męczące, ale przynajmniej ... no jednak po kolei. Jak to wyglądał ten rok
?
Styczeń - Nowy rok bez większego kaca, dużo ambitnych planów i dużo
noworocznego entuzjamu. Fajnym przerywnikiem był wypad rejsóweczką na Remes
Cup, choć gdy w końcu się wybrałem to była najsłabsza edycja z dotychczasowych.
Zacząłem też kurs rezydenta w ośrodku szkolenia Edusfera, w pozostałe dni
pracowałem w firmie Konsalnet Security, ale już na ulicy Hetmańskiej bo z
Produkcyjnej na szczęście zostałem wyrzucony. Zresztą wyrzucił mnie człowiek,
który ciepłą posadkę managiera w Auchanie zamienił na ... no cóż zszedł na psy
jeśli rozumiecie. Dziś jestem mu wdzięczny i chciałbym mu podziękować. Gdy
trafiał się wolny dzień, to wieczór wcześniej zapewne melanżowałem w wiadomym
gronie.
Luty - Walentynek nigdy nie uznawałem nawet gdy z kimś byłem, ale w tym
roku udało mi się nie upić. Luty minął szybko i bez specjalnych fajerwerków.
Praca, kurs, melanże mniejsze lub większe. Porzuciłem też pomysł trenowania
Krav Magi.
Marzec - dwie ważne rzeczy się zdarzyły tego miesiąca. 17 marca
podpisałem umowę na pracę w Turcji dla firmy Akdem Travel. Pierwsza emigracja,
a pracę jaką tam miałem to materiał na inną opowieść. Świętowanie sukcesu
rozpocząłem na wyjeździe do Poznania, ale właściwie świętowałem cały następny
miesiąc. 26 marca skończyłem 26 lat i podsumowanie życia możecie znaleźć we
wcześniejszych latach. Ogólnie był to udany miesiac, zakończony kozackim
wypadem na mecz z Wisłą Kraków.
Kwiecień - czas przygotowań i pożegnań. Zwolniłem się w pracy w
ochronie, by się przygotować i nigdy już tam nie wrócić. Życie nakazało
inaczej, ale jestem przekonany że chwilowo więc nie narzekam. Tak jak napisałem
przygotowania do wiedzy o Turcji przeplatane wypadami na różne grille, grę w
piłkę czy na mecze w Białymstoku lub do lokali. No i spotkania ze wszystkimi, z
którymi widuję się trochę rzadziej, pod koniec kwietnia wypad do warszawy po
wizę do Turcji. Kto by pomyślał, że ...
Maj - 4 maja po raz pierwszy leciałem samolotem i było to dla
mnie stresujące, sama odprawa też. W nocy wylądowałem na innym kontynencie,
gdzie miałem spędzić kolejne 5 miesięcy. W maju było dużo wolnego, dużo
wycieczek tzw. study czyli jeździłem się uczyć jak poprowadzic daną wycieczkę.
Cudownie było mieć 2 minuty do plaży, biegać wieczorami przy morzu oraz z pozostałymi
którzy przybyli tam do pracy, tworzyć od początku fajną paczkę. Może nie zawsze
było tak fajnie, ale nawet z czeskim współlokatorem a potem z dwoma dawałem
radę się dogadać. Cudnie było wiedzieć że dzień przespany lub przeleżany na
plaży jest płacony jak przepracowany od 00:01 do 23:59.
Czerwiec - to już samodzielna praca, coraz lepiej i sprawniej
wykonywana. Tu też trafiła mi się jedna z najlepszych i zarazem najbardziej
dochodowych grup. Życie wyglądało prosto - w dni transferowe transfery, w dni
wycieczkowe wycieczki a kiedy było wolne to relaks, zwiedzanie oraz imprezy.
Nawet tureckie piwo w takim klimacie dało się lubić, a czasem ktoś przywiózł
coś z Polski np. kabanosy :)) Musiałem też wyjechać do krainy kebabów, żeby
zacząć pić Żubrówkę. Pod koniec czerwca przeniesiono Czechów do innego pokoju,
wiec do końca miałem polskiego współlokatora, który na szczęście był
pół-abstynentem. Na koniec sezonu to już w ogóle jako jedyny mieszkałem sam,
więc chyba jestem zajebisty :)
Lipiec - czas mijał jak wcześniej aż pewnego dnia cały dzień w trasie
połączono mi z wycieczką, razem byłem na nogach 33 godziny. Padłem na łóżko bez
życia, po 2 godzinach mnie obudzono i zafundowano mi przenosiny do Side. Złość,
wkurwienie i szybko zoorganizowana biba skończyła się, że Lucjan prawie zażygał
pokój a ja miałem mega kaca. Z różnych powodów wcale nie chciałem jechać do
Side, choć finał finałów jestem szczęśliwy że tak się stało. Więcej wolnego,
lepszy pokój, zarobki podobne, w końcu było z kim pograć w piłkę. No i sama
kameralność Side powodowała, że poznałem dużo fajnych ludzi. Promenada do
biegania też była. działająca perfekcyjnie klimatyzacja też miała niebagatelne
znaczenie.
Sierpień - stopniowo przywykłem do nowego szefostwa, znajomych,
mieszkania i miasta. W wolnych chwilach odwiedziałem stare śmieci, ale zacząłem
też się zastanawiać skąd była moja niechęć do Side. Dużo zadziałały plotka i
stereotypy. Tak jak pisałem, fajni ludzie również nowi, fajne spontaniczne
wypady kończące się po wschodzie słońca. No i ten fakt że nie musiałem nikomu
się tłumaczyć gdzie idę i o której wrócę. Najlepsze jednak nastąpić miało we
wrześniu.
Wrzesień - w połowie września na lotnisko przybył spóźniony w o
kilkanaście godzin samolot. Wydawałoby się transfer jak transfer, zawieźć
matołów i w końcu pójść spać. Nie sądziłem że ten transfer w dłuższej
perspektywie odmieni moje życie. Powiem tylko tyle, że wrzesień od tamtego
momentu wyglądał tak, jakby istniała tylko Ona i praca, którą wykonać było
trzeba. Nie było znajomych z pracy, wszystko przestało się liczyć. Od 25
września pan Piotr oficjalnie nie jest już do wzięcia. Sezon wydawał się
ogólnie stracony, a tu ... :)
Październik – powrót do kraju nastąpił 28 września, dzień później przyjechałem bezpośrednim pociągiem z Krakowa. Pierwsze dni to wiadomo jak wyglądały, imprezy i spotkania przywitalne, w końcu również powrót na ulicę Słoneczną. Wyjazd na Wisłę należy przemilczeć ... Najważniejsze kolejne zdarzenie miało miejsce podczas weekendu.7 – 9 października, kiedy to podczas naszego pierwszego wspólnego weekendu w Polsce postanowiliśmy razem zamieszkać. Przyznaję, wszystko u nas się potoczyło ekspresowo, ale w sumie na co tu czekać ?
Listopad – do pracy mi się nie spieszyło, ale ile można żyć uczuciem i z oszczędności ? Do pracy rodacy, niestety życie w stolicy kosztuje. Z drugiej strony ja i warszawa, to tego by nawet Nostradamus nie przewidział. Jako, że od listopada szkolę się na pilota wycieczek, ale praca będzie jak coś od wiosny. Życie kosztuje, a skoro kurs w Białymstoku a życie w Warszawie, to trzeba popracować choć na bieżące wydatki. Stąd mam nadzieję drugie i ostatnie podejście do pracy w ochronie. 9 listopada moje Szczęście miało urodziny i był to pierwszy poważny dylemat co do kupna prezentu.
Grudzień – Życie toczy się ustalonym torem. W piątek do Warszawy, we wtorek do Białegostoku. Przy okazji, chwała polskiemubusowi ! Właśnie kończą się nasze pierwsze, oddzielne święta, ale kolejne już za dwa tygodnie spędzimy razem. Z prezentów byliśmy zadowoleni, w pracy również jest spokojnie. Przed nami wspólny Sylwester i błogi Nowy Rok, oby kończyć go w takich samych nastrojach jak obecny. Nawet święta w domu przebiegły wyjątkowo spokojnie.
Ogólnie, to był dobry rok. Postęp w życiu zawodowym, fajne melanże, wyjazdy, przygody i świadomość, że ma się przyjaciół. Inwestycje w siebie zaczęte już w tym i kontynuowane w następnym, oby zaprezentowały.
Jednak najważniejsze jest to, że mam dla kogo żyć. Znalazłem swoje szczęście, na które tak długo czekałem. To najlepszy rok z dotychczasowych i niech taki będzie dla Was nowy 2012 ! Paka !
skomentuj (1)Długo nie pisałem ... To nie tak że nie było o czym, bo było i jest ! Po prostu braknie na wszystko czasu. Dlaczego ? Długo by pisać, co nie znaczy że nie spróbuję. Już niebawem na blogu podsumowanie Tureckiej emigracji, mojej pracy, bilans zysków i strat oraz trochę przemyśleń z życia codziennego. Nie zawieszam bloga i nie likwiduję go, po prostu muszę jeszcze bardziej skrócić czas snu, by znaleźć i dla niego trochę czasu. Nie po to piszę od 2003r. żeby taki szmat wspomnień i żywy pamiętnik przemian jakie przeszedłem w życiu, by teraz jedynie egzystował w sieci. Piszcie co u Was, komentujcie, dajcie jakiś znak życia. Mam nadzieję że wszystko u Was dobrze, wierzę że ktoś jeszcze tu zagląda :)
skomentuj (1)
Każdy w życiu ma jakąś pasję, którą można racjonalnie wytłumaczyć lub nie da się wytłumaczyć w ogóle. Jednak pasja jest pasją, powinna być uszanowana jeżeli raczej nikomu nie szkodzi. Moja mama zwalcza miłość do mojego klubu od jakichś trzynastu lat, choć ja na jej miejscu dałbym sobie spokój, to na pewno mama nie odpuści kolejne lata. A ja chodziłem, chodzę i będę chodził na Jagiellonię, jak też śmigał na wyjazdy. Niezależnie co wymyślą policyjni przyjaciele, by zabić naszą miłość.
Oczywiście z wiekiem nasza rola, miejsce na stadionie, zaangażowanie się zmienia. Na początku był to nieśmiały piknik, dla którego wszystko było nowe. Potem nieśmiałe zaangażowanie w doping jeszcze na Jurowieckiej. Potem jeszcze jakiś czas spokojnego oglądania wraz z powolnym przestawianiem się na aktywnego zaangażowanego w doping kibica. Pierwszy wyjazd, kolejne przygody na szlaku kibicowskim, założenie FCW, dziś grupa kumpli na których zawsze można liczyć. Wspólna pasja, melanże, wyjazdy, wspólne akcje i pomoc jeden drugiemu.
Jaki sens ma oglądanie, płacenie i czasem podróż setki kilometrów, by patrzeć jak przepłacani zawodowcy dostają w dupę ? A jaki ma sens oglądanie tańca z gwiazdami, czytanie Party lub Vivy, wszystkich reality show i w ogóle tego całego syfu ? Dla mnie nie ma różnicy, z tym że ja nie chcę nikogo pouczać jak ma żyć i co warto czego nie warto. Ja nie wnikam, dla mnie liczą się inne wartości. Przyjaźń, pasja, wspólne chwile, niesamowite przygody, świetna zabawa wspomagana procentami na trasie. Nigdzie nie pozna się moim zdaniem takich ludzi, na których możesz po prostu liczyć, którzy pójdą za Tobą bez pytania. Różni ludzie, różne charaktery i poglądy, czasem wszystko jest róźne - ale jedno jest wspólne SUPPORT YOUR LOCAL FOOTBALL TEAM.
Z czasem kiedyś przyjdzie zrezygnować już z dopingu, z wyjazdów i przenieść się na tak zwane pikniki. Trudno powiedzieć za ile lat, ale kiedyś na pewno to nastąpi. Stwierdziliśmy wszyscy w grupie, że niezależnie od tego jak potoczą się nasze życia to za rok, dwa, piętnaście wszyscy chcemy pójść razem na mecz. Jeżeli to nam się uda, to wygraliśmy. Bo przyjażń jest wszystkim ! Jagiellonia naszym klubem, Białystok naszym miastem ! *
* -Nawet w Turcji :)
Ps. Tytuł sugeruje, że wiem już jakie miejsce ma w moim życiu Jagiellonia. Wcześniej była zbyt ważna, obecnie wróciła na właściwe miejsce w hierarchii, jednak zawsze pozostanie jakąś częścią mnie. Z tego nie da się już zrezygnować, jest to wpisane w mój styl życia, tym bardziej że nie chcę się leczyć. Ważne, by wiedzieć co w życiu ważne ... i ważniejsze. Jagiellonia jest już tylko ważna :)
Pierwsze pytanie jakie się nasuwa to „Kiedy to minęło?” Trzy miesiące to przecież w sumie szmat czasu. Tutaj jednak czas płynie inaczej, zwłaszcza kiedy się jest w pracy od rana do wieczora lub od środku nocy do na przykład 7:00 rano, czyli dajmy na to jakieś 30 godzin bez snu. Daleki jestem absolutnie od jakiegokolwiek narzekania, jest dużo lżej niż być miało i zupełnie inaczej od tego, jak znam z opowieści osób które są tu drugi lub trzeci sezon. Miało być mega ciężko, a tylko czasem bywa – więc niech tak już do końca pozostanie. Na pewno jednak część osób jedzie do domów wcześniej, więc może się okazać że pracy najwięcej będzie jak sezon będzie powoli dogasał. Nie ma co jednak wybiegać, na razie jutro wypłata a dziś już trochę zaocznie w końcu czas na małą imprezę, wcześniej zakupy. Poza tym nie zdajecie sobie sprawy, jakim skarbem na obcej ziemi jest taka prowizoryczna rzecz jak kabanosy :)
Po przymusowych przenosinach do Side zaczynam doceniać jego uroki. Pokój mamy o dwie klasy lepszy, wszędzie jest blisko, no i w ogóle King od The Castle :) Side to nigdy nie będzie Alanya, gdzie znam wszystko i wszystkich. Zresztą, pierwszy wolny dzień w tu poświęciłem właśnie na wycieczkę na stare śmieci, na pewno jeszcze tam wrócę. Właściwie życie tak się potoczyło, że zawodowo zagoszczę w turystyce raczej już na pewno na dłużej. Po powrocie do Polski mam już ustalony plan działań, by dostać pracę dużo lepszą niż w Akdemie. Nie ma tu żadnej pychy, doceniam szansę jaką mi tu dano. Moje ambicje jednak sięgają wyżej i nie ma co ukrywać – większych pieniędzy, pomimo że jak na człowieka który wciąż w życiu się specjalnie nie przepracował, zarabiam całkiem przyzwoicie. Jedyną zagwostką jest co robić przez zimę, bo wydatków dużo a oszczędności nie starczy. Wierzę jednak, że będzie dobrze i że nie będę zmuszony do powrotu na jebaną ochronę, nie biorę w ogóle takiej możliwości pod uwagę. Będzie dobrze !
Tęsknię trochę za Polską, za rodziną, przyjaciółmi, melanżem ze sprawdzoną ekipą. Nie tak, jak mi mówiono że będę tęsknił ale trochę owszem. Jak pisałem, łatwo się przyzwyczaić do takiego życia, choć jest trochę za gorąco. W wolny dzień nie mam ochoty ruszać się z klimatyzowanego pokoju, znośnie jest dopiero po 18:00 a najlepiej to w ogóle po 20:00. Najzimniejsze statystycznie od 10 lat lato na Tureckiej Riwierze ma 40 stopni od rana. Pół roku w Polsce, pół gdzieś w ciepłych krajach, myślę że narazie taki styl życia mi odpowiada. Pozostaje jedynie żałować, że na taki pomysł wpadłem ta późno. Wierzę jednak, że :
„Najpiękniejsze są wspomnienia,
które ma się jeszcze przed sobą”
Jeanne Moreau
skomentuj (21)
Nikt mi na bloga nie wchodzi i notek nie komentuje :( Mimo to nie pozwolę mu zarosnąć kurzem i machnę coś ku potomności. Nie mam na tą notkę żadnego pomysłu, więc po prostu dam swojej głowie wolną rękę, by ułożyła ten wpis wedle sobie znanego scenariusza.
Od 4 maja jestem w Turcji. Nie mam pojęcia kiedy minęły te prawie 2 miesiące, więc spodziewam się że w sezonie czas będzie mijał jeszcze szybciej. Ani człowiek się obejrzy i trzeba będzie wracać do Polski. Wczoraj jeden z turystów mnie zapytał „I co dalej ? Pół roku wakacji ?” Chwilę zastanawiałem się co mu odpowiedzieć. Na pewno muszę zrobić licencję pilota wycieczek, co wiąże się z kursem i egzaminem. Trzeba będzie też ogarnąć egzamin z angielskiego, czyli pewnie jakiś kurs przyspieszony. Jeżeli chce pracować dla najlepszych biur za rok, to te sześć miesięcy to wcale nie jest dużo. No i nie wyobrażam sobie by do następnego sezonu siedzieć pół roku na dupie. Do dziś nie mogę sobie wyobrazić, jak mogłem po studiach pozwolić sobie na pięć straconych miesięcy. Dziś wiele się zmieniło, również w kwestii mojego spoglądania na życie. Na dziś mam satysfakcjonującą pracę, która ma jednak wady. Wciąż nie pracuję na swoją emeryturę, jestem z dala od rodziny, znajomych, przyjaciół. Zdany w sumie sam na siebie w egzotycznej Turcji. Jednak miło jeść śniadanie z widokiem na morze, mieć świadomość że wolne dni są płacone jak przepracowane, mam kontakt z ludźmi i poznaje najróżniejszych, praca daje mi coraz większą satysfakcję. Jest czas na plażę, imprezy, odpoczynek. Pierwszy hattrick na tureckiej ziemi też zaliczony :) Mimo, że praca nie sprzyja raczej żadnej życiowej stabilizacji, to w mojej głowie nie mieści się jak mogłem kurwa przez 11 miesięcy tkwić na pieprzonej ochronie. Tak więc na dłużej w turystyce ? Cóż, kto by się spodziewał ale chyba tak. Praca jest i będzie, a jak wiadomo praca w dzisiejszych czasach to złoto. PILOT czy REZYDENT to w sumie dla mnie teraz największa zagwostka, w którą stronę pójść. Jak wszędzie obie funkcję mają swoje wady i zalety. Może pójść w pilota i spróbować dostać się do objazdówek a może na rezydenta i za rok zobaczyć inny kraj. Czasu na rozmyślania mam wystarczająco, na przykład podczas wieczornych joggingów promenadą przy plaży Kleopatry. Tylko za wszelką cenę muszę unikać takich dni, jak dzisiejszy gdzie pół dnia spędziłem w łóżku, nawet z zasypianiem nie mam problemu. Nie, wcale nie miałem kaca po prostu z powodu gorąca nic się nie chciało, a już na pewno wychodzić z pokoju. Unikać straconych dni panie Piotrze ! Dziś pewnie wieczorem na lotnisko machnąć jakiś deparczerek i arajwalek i jutro cały dzień hotele – lotnisko i lotnisko – hotele, ale gdyby nie upał na dworze to nie nazwałbym tego cięzką pracą.
Mogę chyba uznać, że odniosłem sukces. Znalazłem pracę, w której widzę więcej zalet niż wad, która daje satysfakcję i do tego całkiem przyjemne pieniądze. Nie powiem, że pracę marzeń wyśnioną w snach, bo żeby tak było musiałbym zostać zawodowym lub chociaż pół zawodowym piłkarzem. No ale na to straciłem szansę wiele lat temu, gdy nie potrafiłem powiedzieć rodzicom, że chcę powalczyć o marzenia. Mimo wszystko, jest dobrze !
Czas ogarnąć pozostałe dziedziny swojego życia. Będzie dobrze, a skąd to wiem. Bo ja tak k**** mówię !
skomentuj (6)